niedziela, 15 lutego 2015

1. On jest inny.

Brak ciepła w ok­re­sie dzieciństwa jest często po­wodem, że ko­loryt świata sta­je się ciem­ny. Świat nie jest dobry. 

- Antoni Kępiński


Czarnowłosa kobieta o ziemistej cerze szła z małym dzieckiem na rękach w kierunku niewielkiej polanki.
- Nie przyszliśmy tutaj na zwykły spacer, tak jak powiedziałam twojemu ojcu, Severusie - powiedziała nieco ściszonym głosem. Na polance posadziła dziecko na ziemi i usiadła obok niego.
Chłopiec jak zwykle, kiedy byli sami, poprosił o "świecący patyczek", którym uwielbiał się bawić. Elieen Snape rozejrzała się po polance. Nikogo na niej nie było, więc wyjęła zza pazuchy swoją nieco brudną różdżkę. Widać było po jej wyglądzie, że swoje już przeszła. Jednak kiedy tylko zetknęła się z opuszkami palców małego Severusa z jej czubka wytrysnęły czerwone iskierki. Chłopiec zachichotał.
- Kiedyś też będziesz taką miał - powiedziała Elieen - to jest różdżka. Każdy człowiek, taki jak ty i ja, taką dostaje... bo... nie jesteśmy zwykłymi ludźmi, Severusie.
Czarnowłosy chłopiec oderwał wzrok od iskier sypiących się z "patyczka" i spojrzał na matkę. Widząc, że jej synek zrozumiał, Elieen kontynuowała.
- Widzisz, inne dzieci nie potrafiłyby wydobyć z tego - wskazała na różdżkę - takich iskier. Jesteś inny. Inny od swojego ojca, inny od swoich sąsiadów. Kiedyś będziesz umiał zrobić takie rzeczy, o których ludziom nawet się nie śniło.
Czarne oczy chłopca wyraźnie coraz bardziej się rozszerzały ze zdumienia. Kryło się w nich coś dziwnego. Jakby zrozumienie. Na samą myśl o tym, że jej syn jest taki bystry, Elieen uśmiechnęła się w duchu. To w nim było. Od samego początku. Od urodzenia. Ta magia, która zwykle objawia się kilka lat po urodzeniu u niego aż kipiała w pierwszy dzień jego życia.
- Kiedyś nauczysz się czegoś takiego, spójrz - wyjęła z rąk syna różdżkę, zrobiła nią wyrafinowany ruch i wypowiedziała zaklęcie - Expecto Patronum!
Myślała o pierwszych miesiącach znajomości z Tobiasem Snape'em, wtedy jeszcze bez żadnych oznak agresywności. Przypomniała sobie ich piękny ślub, a później małego Severusa podanego jej przez lekarza.
Z różdżki wyłonił się niesamowity blask, otaczając ich dziwnym ciepłem, blask podnoszący na duchu. Po chwili światło zmieniło się w małego, srebrzystego ptaszka, który mimo iż maleńki, oświetlał i tak już słoneczny poranek.
- To taki mój obrońca. Ochrania mnie, kiedy tylko go przywołam, przed złymi istotami. Nazywają się dementorzy i są bardzo niebezpieczni.
Severus wyciągnął ręce jakby chciał dotknąć kolibra, ale wtedy zza krzaków wyszedł wysoki, także czarnowłosy mężczyzna z haczykowatym nosem. Patronus zniknął. Elieen w panice starała się schować różdżkę, tak aby jej mąż niczego nie zauważył.
- Posłuchaj, Severusie. Nie mów o tym o czym tu rozmawialiśmy - szeptała do synka z nadzieją, że będzie trzymać język za zębami - Twój ojciec nie lubi osób takich jak my. On jest inny. Nie może się dowiedzieć, bo...
- Elieen - za plecami kobiety rozległ się gruby, męski głos mężczyzny, który z pozoru wydawał się spokojny, ale w środku gotował się ze złości. Chwycił kobietę za nadgarstek, podniósł ją brutalnie, po chwili zrobił to samo z synem.
- Co to było?! Po tym co ci mówiłem, masz czelność używać tego, tworzyć jakieś przeklęte zaklęcia?! - uderzył Elieen w twarz. Kobieta upadła na ziemię. Zaczęła się trząść, ale nic nie powiedziała. Z pewnością powstrzymywała głośny płacz.
Jej syn ze strachem wpatrywał się w matkę. W jego głowie rozbrzmiewały słowa "twój ojciec nie lubi osób takich jak my. On jest inny. Nie może się dowiedzieć".
Z trudem odwrócił wzrok od swojej mamy. Spojrzał na ojca, ale nie patrzał mu w oczy. Wiedział, że to może go zdenerwować. Zwłaszcza teraz kiedy wokół mężczyzny roznosił się zapach alkoholu.
- To tylko ptaszek... Przyleciał... - wyszeptał. Zacisnął mocno powieki, przygotowując się na uderzenie. Zamiast tego poczuł jak silne ręce podnoszą go do góry.
- Masz szczęście. A teraz wstań, pogoda się psuje - powiedział Tobias do swojej żony.
Na niebie zbierały się ciemne chmury. Deszcz spadł nagle. Zapach duszącego alkoholu rozwiewał się powoli. Severus kołysał się w rytm kroków swojego ojca.
Zrozumiał. Jego ojciec nie lubi takich jak on. A jednak kiedyś wszystkiego się nauczy.



piątek, 13 lutego 2015

Prolog

Akt pier­wszy tra­gedii ludzkiej – na­rodzi­ny dziecka.

- Ryūno­suke Aku­taga­wa




Gdzieś w Szkocji kobieta z włosami spiętymi w ciasny kok zamoczyła pióro w kałamarzu. Na biurku leżała wielka księga obita w brązową skórę. Kobieta przyciągnęła ją do siebie i otworzyła.

Wszędzie zapisane były jakieś imiona i nazwiska. Ostrożnie przekładając pożółkłe kartki, w końcu księga była już bardzo stara, istniała prawie od samego początku założenia Hogwartu, szukała czystej strony. Znalazła.
Ponownie zanurzyła pióro w atramencie. Poczekała aż przestanie kapać i zapisała starannie:



Severus Tobias Snape


ϟ ϟ ϟ


Gdzieś indziej, w pobliżu miasteczka Cokeworth, w szpitalu jakaś kobieta urodziła dziecko. Niemowlę o dziwo nie zaczęło krzyczeć wraz z pierwszym haustem powietrza.

Mężczyzna w kitlu podał maleństwo świeżo upieczonej matce.
- Jak będzie miało na imię? - zapytał. Kobieta spojrzała na dzieciątko z uśmiechem.
- Będzie miał dwa imiona. Severus. I Tobias, po ojcu - szepnęła. Ginekolog położnik nigdzie nie widział ojca dziecka. Nie towarzyszył żonie przy porodzie, nie czekał na zewnątrz sali. Być może pracował?
Mężczyzna nie zwykły zadawać wielu pytań kazał pielęgniarkom zawieźć matkę i synka na inną salę, więcej się nad tą sytuacją nie zastanawiając.
Usłyszał jeszcze z korytarza pierwszy krzyk dziecka i śmiech jego matki, która jeszcze nie zdawała sobie sprawy jak wiele powodów do płaczu będzie miał jej syn.